Garstka kosmetycznych nowości

7/30/2013

Garstka kosmetycznych nowości

Niedawno pokazywałam Wam moje ubraniowe łupy (klik), teraz przyszedł czas na te kosmetyczne. 


Mniej więcej w połowie lipca na stronie MUA UK odbywała się promocja na darmową wysyłkę do PL - żal było nie skorzystać, zwłaszcza, że otwarcie ich polskiego sklepu znacznie się przeciąga. 


Skusiłam się na:

- paletkę Heaven and Earth - 4  £
- bronzer w odcieniu #3 - 1 £
- róż z kolekcji 2013 - odcień Cupcake - 1  £
- pomadki w kredce Power Pout
kolorki Rendezvous i Broken Hearted  - po 3 £ sztuka
- bazę pod cienie - 2,50 £

Z całości jestem bardzo zadowolona - MUA przybywaj do PL szybciej ! 


W Super Pharmie skusiłam się na pomadki Maybelline Color Whisper, które robią ostatnio furrorę.

Wybrałam odcienie: 
- 160 Rose Of Attraction
- 220 Lust For Blush

Obie są cudne !

Załapałam się także na promocyjny tusz Maybelline Colossal Volum Express za 9,99 zł.

Paletka H&M trafiła do mnie z wizażowej wymianki - jak to w H&M, pigmentacja nie powala, za to kolorystycznie jest całkiem przyjemna.


- kolejna butla Jantaru (już z nowym składem)

To jedyna wcierka, która daje u mnie zauważalne rezultaty.

- Antyperspirant Dove Natural Touch

Nigdy ich nie używałam, okazuje się, że to był błąd.

- Equlibra - Szampon Aloesowy 

W końcu go dorwałam. Dzięki Lagoenie dowiedziałam się, że mam go tuż pod nosem :D

- Palmers - Ujędrniający balsam z koenzymem Q10 

Co za zapach... Niestety w chwili promocyjnego uniesienia (19,90 zł w SP), nie spojrzałam na skład - a tam parafina na szczycie, fuck !

Opinie ma wręcz rewelacyjne, może nie będzie taki zły.


- Top Coat Poshe 

Zastanawiałam się między nim, a Seche Vite - ostatecznie wybór padł na Poshe, który również zbiera bardzo dobre noty. Zobaczymy jak się spisze.

- Blistex - wersja malinowa

- zapas wosków


Mój ulubiony letni zapach, Moschino I love love

Pachnąca Szafa - mgiełka do wnętrz i do samochodu "Melonowy Nektar" - cudowny zapach, niestety bardzo krótkotrwały.


Ostatni zakup - kubeczek na pędzle. Właściwie, to jest doniczka, ale w roli kubka spisuje się doskonale ;)

To by było na tyle.


 Zainteresowało Was coś ? O czym chciałybyście poczytać w pierwszej kolejności ?

Dobre, bo polskie! Sylveco - Lekki krem brzozowy

7/24/2013

Dobre, bo polskie! Sylveco - Lekki krem brzozowy



O kosmetykach Sylveco od dłuższego czasu jest dosyć głośno w blogosferze, kolejne produkty szturmem podbijają serca nie jednej osoby. Po lekturze wielu pozytywnych recenzji, nie sposób było się nie skusić i wypróbować na własnej skórze o co tyle szumu. 

Zdecydowałam się na zakup Lekkiego kremu brzozowego, a po ponad 4 miesiącach użytkowania stwierdzam, że szum jest jak najbardziej uzasadniony :)




                                                    Od producenta:                                                   

Hypoalergiczny lekki krem brzozowy jest przeznaczony do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju cery wymagającej regeneracji. 
Zawiera ekstrakt z kory brzozy, który dzięki właściwości pobudzania syntezy kolagenu i elastyny, zwiększa sprężystość skóry i skutecznie opóźnia procesy starzenia. W kremie zastosowano połączenie ekstraktu z aloesu oraz ksylitol
o działaniu wybitnie nawilżającym i zmiękczającym. Naturalne oleje roślinne i masło karite odbudowują warstwę wodno-lipidową i w połączeniu z alantoiną zapewniają skórze szybkie ukojenie. Dodatek witaminy E zabezpiecza ją przed negatywnym wpływem środowiska. Ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, zawierający saponiny, ułatwia wnikanie składników aktywnych głębiej do skóry. Krem może być stosowany pod makijaż oraz na okolice przemęczonych oczu. 

WSKAZANIA: do pielęgnacji skóry odwodnionej, przesuszonej, zmęczonej, narażonej na działanie czynników szkodliwych (słońce, dym tytoniowy).

Na noc lub w okresie zimowym, w celu pewniejszej ochrony i szybkiej regeneracji, dobrze jest stosować również krem brzozowy z betuliną.

                                                            Skład:                                                           


                                                      Moja opinia:                                                       

Opakowanie: 50 ml buteleczka typu air-less. Osobiście bardzo lubię takie rozwiązania. Użytkowanie jest higieniczne, produkt bez problemu można zużyć praktycznie do ostatniej kropli bez konieczności ładowania do całości paluchów. Buteleczka co prawda nie jest przezroczysta, aczkolwiek patrząc pod światło, doskonale widać, ile produktu jeszcze pozostało. Tym samym unikniemy elementu zaskoczenia, bowiem łatwo przewidzieć, kiedy krem się skończy.
Całość zapakowana w zgrabny kartonik, na którym znajdziemy szereg wyczerpujących informacji, od składu począwszy, poprzez sposób użycia, po opis składników aktywnych. Do kompletu dołączona jest pomocnicza ulotka.


Konsystencja: średnio gęsta, kremowa i lekka jednocześnie. Doskonale się rozprowadza, pięknie wchłania bez pozostawiania na twarzy nieprzyjemnej, lepiącej warstewki. Niewielką ilością posmarujemy całą twarz, przy większej porcji, krem początkowo może troszkę smużyć, jednak po krótkiej chwili wszystko ładnie znika.




Zapach: jak na naturalny produkt przystało, w kremie nie znajdziemy żadnych zbędnych i sztucznych substancji zapachowych. Zapach więc, nie każdemu może przypaść do gustu (patrz: mój TŻ) ;) Dla mnie jest bardzo delikatny i mało drażniący, a po nałożeniu na twarz całkiem szybko się ulatnia, nie gryzie się też z zapachami innych nakładanych kosmetyków.

Działanie: Lekki krem brzozowy zapewnia mojej cerze to, czego od nawilżającego kremu oczekuje. Idealnie nadaje się na dzień, pozostawia skórę świeżą, miękką, gładką w dotyku, z komfortowym uczuciem nawilżenia. Nawet w bardzo upalne dni, przy mieszanej cerze, nie powoduje nadmiernego obciążenia. Rewelacyjnie nadaje się pod makijaż, nic się nie roluje, nic nie spływa. W ciągu tych 4 miesięcy nie zauważyłam aby krem choć trochę zapychał, wręcz przeciwnie. Cera wyraźnie się uspokoiła, nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz pojawił się u mnie jakiś większy wyprysk. Jedyne z czym nadal się zmagam, to zaskórniki.

Jak na tak lekką formułę, krem posiada naprawdę bogaty skład. Przoduje tutaj olej z pestek winogron, olej sojowy i ksylitol (cukier brzozowy), a wśród składników aktywnych znajdziemy też min. masło Shea, betulinę, ekstrakt z aloesu, olej arganowy, olej jojoba, czy wyciąg z mydlnicy lekarskiej.
Należy pamiętać, że ze względu na brak parabenów i innych świństw konserwujących, krem ważny jest tylko 6 miesięcy od otwarcia

Jedyne, czego brakuje mi tutaj do szczęścia, to obecność jakiegokolwiek SPF, przydałaby się chociaż 15.

Podsumowując: to bardzo dobry krem, który nadaje się do każdego typu cery, w każdym wieku. Fakt, że Sylveco to firma, która pochodzi tuż spod Rzeszowa, sprawia, że lubię ją jeszcze bardziej (ot, taki lokalny patriotyzm) :D

Cena: zapłaciłam 25,50 zł za 50 ml

Dostępność: listę sklepów i zielarni znajdziecie na stronie Sylveco.

Moja ocena: 4,5/5

Miałyście okazję używać produktów Sylveco ? Jaki kosmetyk z ich oferty jest waszym nr 1 ?
NOTD # 6 - Golden Rose Holiday 66

7/14/2013

NOTD # 6 - Golden Rose Holiday 66



Kobieta jednak zmienną jest, przekonałam się o tym na własnej skórze. Jeszcze niedawno o piaskach mówiłam "ble", "nic specjalnego", "nigdy w życiu" - a teraz co ? Od jakiegoś czasu noszę je na paznokciach i zachwycam się z każdym spojrzeniem :P 

Kilka dni temu, w lokalnej drogerii, w końcu udało mi się kupić chyba najładniejszy odcień z kolekcji Golden Rose Holiday - nr 66.



Piękny koralowo/łososiowy róż, idealny na tę porę roku. Matowy, bez żadnych drobinek ani shimmera - cudo ! W wykończeniu "cukrowej posypki" nabiera zupełnie innego wyrazu. W zależności od oświetlenia, przybiera różne stopnie intensywności. Moim zdaniem ma w sobie nutkę neonu.

Szeroki, średniej długości pędzelek sprawia, że aplikacja jest zupełnie bezproblemowa.


Konsystencja rzadka, jednak w połączeniu z pędzelkiem, nie sprawia kłopotów. Pięknie się rozprowadza, a przy odrobinie precyzji, nie zaleje skórek. Do pełnego krycia potrzeba 2 cienkich warstw, można też pokusić się o jedną grubszą, ale pierwsza opcja jest praktyczniejsza.

To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to czas schnięcia. Jest rewelacyjnie szybki. Kilka minut po pierwszej warstwie, można nakładać drugą, a po ok. 15 minutach mani jest gotowy do użytku :)

Trwałość świetna, zresztą piaski ogółem dobrze trzymają się na paznokciach. Po trzech dniach, przy intensywnym użytkowaniu, lekko przetarły mi się końcówki. 

Zmywanie jest troszkę bardziej czasochłonne niż przy klasycznych, kremowych lakierach, aczkolwiek ja wypracowałam sobie swój sposób zmywania, który nie wymaga długotrwałego tarcia. Wystarczy mocno namoczony zmywaczem wacik przyłożyć na kilkanaście sekund do paznokcia i wszystko pięknie schodzi :)

Efekt na paznokciach:
(zdecydowanie bardziej podoba mi się na dłuższej płytce - niestety ostatnio złamałam 2 paznokcie i musiałam skrócić całość)










Co o nim myślicie ? Lubicie lakiery o takim wykończeniu ?
Kokosowe starcie - Masło Sephora vs. Krem Balea

7/08/2013

Kokosowe starcie - Masło Sephora vs. Krem Balea



O tym, że lubię wszystko co kokosowe, nie muszę już chyba pisać. Wspominałam o tym niejednokrotnie i każdy, kto czasem tu zagląda, z pewnością natknął się na moje zachwyty nad tym zapachem ;)
Nie mniejszą sympatią darzę smarowidła do ciała, a jeśli te dwa punkty połączyć w jedność = pełnia szczęścia :D

Obecnie w mojej pielęgnacji ciała królują dwa produkty, oba kokosowe, rzecz jasna. Niby takie same, a są jak ogień i woda - jedno i drugie ma w sobie coś, co zasługuje na uwagę.



                                                       Opakowanie:                                                    

W obu produktach są to praktyczne, odkręcane słoiczki. Różnią się, prócz szaty graficznej, gabarytem. Masełko Sephora, to 200 ml, a Krem Balea 500 ml kokosowej przyjemności. Zawartość można wykorzystać do samiusieńkiego końca bez żadnych kombinacji - to niewątpliwy plus. Jeden i drugi słoik zabezpieczony jest folią, przy zakupie mamy więc 100% pewność, że nikt tam nie gmerał ciekawskim paluchem.

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to każde z nich podoba mi się na swój sposób.

Sephorowe jest skromniejsze, ascetyczne wręcz. Czarne napisy, zakrętka z białym wierzchem i logo firmy - całość tworzy dosyć elegancką formę.


Balea zaś, słynie z kolorowych opakowań i myślę, że to co najmniej połowa sukcesu tej marki. Soczyste, żywe kolory i ładne aplikacje niewątpliwie cieszą oko.


                                                          Zapach:                                                          

Kwestia kluczowa ;)

Krem Balea zaskakuje lekkością i delikatnością, ten kokos jest jakby odrobinę mleczny, rzekłabym nawet - budyniowy. W słoiku wydaje się troszkę bardziej intensywny, na skórze jest subtelniejszy, ostatecznie zapaszek jest mało kokosowy w swej kokosowości ;) 
Mimo wszystko bardzo go polubiłam, jest idealny na dzień i na noc. Nie męczy w upały, nie gryzie się z żadnym innym zapachem, nie męczy otoczenia swoim jestestwem. Mógłby jedynie odrobinę dłużej trwać na skórze.

Masło Sephora, to zupełnie inna bajka. Jest tak kokosowa, że aż mdła. Jeden niuch i człowiek jest odurzony kokosową słodyczą. Pierwszych kilka minut w otoczeniu takiego aromatu, to istna orgia dla zmysłów, ale im dalej w las... Dla mnie ten zapach jest tak intensywny i trwały, że po czasie zaczyna mnie boleć głowa i się wkurzam. Tylko jeden raz wysmarowałam się nim cała - czułam się jak kokosanka. Aktualnie używam go jeśli mam ochotę całkowicie się zasłodzić, wówczas sprawdza się idealnie.

                                                         Konsystencja:                                                 

Nazwy obu produktów idealnie odzwierciedlają zawartość. W tym przypadku nie ma najmniejszych wątpliwości co jest czym.

Masło jest bardziej zbite, gęste, troszkę tępe w nakładaniu, jednak pod wpływem ciepła ładnie się rozsmarowuje. Nałożone w nadmiarze lubi nieco bielić. 
Wchłanianie nie zachwyca. Wchłania się i wchłania, a ostatecznie na skórze i tak zostaje lekko tłusta warstewka - średnio to lubię.
Natomiast nawilżenie jest naprawdę przyzwoite i długotrwałe, nawet po całym dniu skóra jest gładka i miękka.


Krem Balea jest dużo lżejszy, mniej zbity i treściwy. Pięknie się rozsmarowuje, wchłania praktycznie całkowicie, nie pozostawiając żadnego nieprzyjemnego filmu. Przy tym jest niezwykle wydajne - używam go niemal codziennie od połowy maja, a nie dotarłam nawet do połowy słoika.

Działanie nie zadowoli właścicielek suchej skóry, bo jest po prostu przeciętne. Troszkę nawilża, jednak jest to działanie doraźne i bardzo krótkotrwałe. O ile przy obecnych temperaturach mi to wystarcza (w upały nic mi się nie klei, ani nie lepi), to zimą, czy nawet jesienią, działanie kremu byłoby zdecydowanie za słabe.



                                                               Składy:                                                      

W obu produktach nie są idealne, jednak bardziej przyjazny (jak na moje laickie oko), wydaje się krem Balea.




Podsumowując: Oba produkty mają swoje plusy i minusy, ostatecznie skłaniam się bardziej ku kremowi Balea. Mimo, że nawilżenie pozostawia wiele do życzenia, jest produktem bardziej uniwersalnym. W dodatku kosztuje 1/4 ceny swojego kokosowego przeciwnika i jest go ponad 2 razy więcej - rachunek więc jest prosty.

Masłem Sephory zachwycone byłyby wielbicielki słodkich aromatów Farmony - intensywność zapachów jest dla mnie porównywalna :) Myślę, że za taką cenę można znaleźć coś lepszego.

Cena: 

Krem Balea: 1,95 € / 500 ml
Masło Sephory: ok. 40 zł w cenie regularnej (swoje kupiłam podczas zeszłorocznej wyprzedaży za ok. 15 zł)

Moja ocena:

Krem Balea: 4/5


Masło Sephora: 3/5


Znacie któryś z tych produktów ? 
Jaki kosmetyk wiedzie u Was prym w pielęgnacji ciała ?

Kosmetyczny pewniak poniżej 10 zł: Lovely - Curling Pump Up Mascara

7/04/2013

Kosmetyczny pewniak poniżej 10 zł: Lovely - Curling Pump Up Mascara

Dobra maskara za kilka zł ?! Niemożliwe ! Tak myślałam jeszcze zupełnie niedawno - oj jak bardzo się myliłam...
Po raz kolejny przekonuję się, że tanie, wcale nie znaczy gorsze - wręcz przeciwnie.

Niedawna promocja w Rossmannie spowodowała, że do mojej kosmetyczki trafił on - jak się okazało, tusz niemal idealny. 



                                                      Od producenta:                                                 

Idealnie wytuszowane rzęsy, piękne spojrzenie to cel naszego codziennego makijażu. Dzięki tej maskarze bez  użycia zalotki przygotujesz zniewalający makijaż każdego dnia. Rzęsy będą podkręcone i podniesione. Specjalna wyprofilowana sylikonowa szczoteczka w maskarze Pump up pozwoli Ci na precyzyjną stylizację rzęs i dokładne ich rozczesanie.


                                                           Moja opinia:                                                  

Opakowanie: spotykałam się z różnymi opiniami na jego temat - że kiczowate, że brzydkie, że tanio wygląda... Według mnie nie jest tak źle, przecież nie paraduję z tuszem w ręku całymi dniami. Opakowanie takiego produktu nie musi być szczytem wysublimowanego smaku projektantów. Szczerze mówiąc, widywałam gorsze. 

Szczoteczka: silikonowa, o specyficznym dla maskar podkręcających, lekko bananowatym kształcie. Dosyć sztywna, bardzo ładnie pokrywa rzęsy tuszem, rozdziela je, nie skleja i nie zostawia żadnych paprochów. 
Jedyna uwaga jaką do niej mam, to to, że jest troszkę ostra i przy nieostrożnym użytkowaniu, może podrażnić powiekę tuż przy podstawie rzęs.
  
Nie mam wielkiego doświadczenia z silikonowymi szczoteczkami, do tej pory na ich widok ogarniała mnie trwoga, a każda próba pomalowania za ich pomocą rzęs, kończyła się fiaskiem. Widocznie trafiałam na same kiepskie egzemplarze, bowiem tą szczotę polubiłam od pierwszego razu :) 


Za co polubiłam Curling Pump Up ?

piękna, głęboka i intensywna czerń,
 - lekko unosi i podkręca rzęsy,
- nie podrażnia oczu,
- nie skleja ani nie grudkuje,
- nie osypuje się


Maskara będzie idealna dla osób, które lubią naturalny look. Nie da spektakularnego efektu sztucznych rzęs, choć wiadomym jest, że wszystko zależy od tego, jakimi rzęsiskami obdarzyła nas matka natura i ile warstw tuszu nałożymy. 
Moje rzęsy są raczej delikatne i niezbyt bujne, wolę je odrobinę podkreślić, niż oblepiać nieskończoną ilością tuszu, dlatego zazwyczaj poprzestaje na jednej warstwie  - rzęsy są widocznie podkreślone, ale wciąż wyglądają naturalnie. 







Tusz idealnie sprawdził się podczas upałów, przez cały dzień trwa w niemal niezmienionym stanie, nie kruszy się, nie rozpuszcza przy temperaturach powyżej 30 stopni, więc efektu pandy nie musimy się obawiać. 
Zmywa się równie łatwo jak nakłada - nie wymagam niczego więcej.

Podsumowując: jestem bardzo zadowolona i z wielką chęcią dopisuję go do listy moich kosmetycznych pewniaków. Świetna trwałość, intensywna czerń, dobry efekt, a to wszystko za kilka złotych :) 

Dostępność: drogerie Rossmann

Cena: ok. 8,99 zł w cenie regularnej

Moja ocena: 4,5/5


Znacie maskarę Curling Pump Up ? Jak sprawdza się u Was ?
Czerwcowe denka

7/01/2013

Czerwcowe denka

Czerwiec okazał się dla mnie nie najlepszym miesiącem w zużywaniu - ot, taki średniaczek. 
Popełniam jeden podstawowy błąd, mianowicie mam rozpoczętych zbyt wiele kosmetyków jednocześnie, przez co zużywanie trwa dłużej. Dzisiaj zrobiłam bilans odżywek i masek do włosów, mam ich 14 sztuk, z czego 11 otwartych - nawet mnie to przeraziło ;) 

Przejdźmy do denek.


Lecim po kolei:


1. L`biotica Biovax - Maska do włosów Keratyna + Jedwab

Pisałam o niej tutaj. Moje włosy bardzo ją polubiły, ale trzeba dozować ją z umiarem. Mam wrażenie, że zimą dawała lepsze rezultaty, przy obecnej aurze jest jakby nieco gorzej.

Kiedyś chętnie do niej wrócę, tymczasem mam co zużywać.

2. Alterra - Maska do włosów Granat&Aloes

Szczerze mówiąc początkowo nie wzbudziła u mnie zbyt wielkiej sympatii - doceniłam ją dopiero wtedy, gdy przeproteinowałam włosy. Cudownie wygładza, zmiękcza, nawilża. Myślę, że będzie stałym bywalcem w mojej kosmetyczce :)

Kupię ponownie, chcę też wypróbować odżywkę o tej samej nazwie.

3. Garnier Olia - Farba do włosów

Hmmm...mam względem niej mieszane uczucia. Niby kolor złapał ładnie, farba ma przyjemny zapach, ale efektu wow nie było. Wkrótce skrobnę o niej więcej i podsumuję wszystkie za i przeciw.

Nie wiem czy kupię ją znowu.


4. Balea - Żel pod prysznic z solą z Morza Martwego

Przyjemny żel, choć zapach zupełnie przeciętny, bardzo delikatny. Ładnie się pieni, jednak nie tak dobrze jak np. wersja kokosowa czy melonowa (limitka z zeszłego sezonu). Do tej pory wypróbowałam 4 różne żele Balea i ten jest zdecydowanie najsłabszy.

Nie kupię więcej.

5. Carex - Antybakteryjne mydło w płynie

Produkt godny polecenia. Delikatny, przyjemny zapach, wygodne opakowanie z pompką. Mydło dobrze się pieni, bardzo dobrze domywa dłonie, nie przesusza.

Kupię ponownie.

6. Eucerin - Krem do stóp z mocznikiem 10%

Pisałam o nim tutaj. Był diabelnie wydajny, myślałam już, że to tubka bez dna ;) Zmiękcza skórę stóp, nawilża i wygładza, jednak po tak długim używaniu mam mały przesyt. 

Chętnie wypróbuję coś innego.


7. BeBeauty - Żel micelarny do mycia i demakijażu

Nawet nie wiem która to już tubka, straciłam rachubę. Uwielbiam, uwielbiam i jeszcze raz uwielbiam. Wraz z gąbeczką Calypso tworzą dla mnie demakijażowy duet idealny :)

8. Biochemia Urody - Peeling enzymatyczny EKO

Pisałam o nim tutaj. To mój kolejny hit - zużyłam już chyba 4 opakowania i nie mam dość.

Będę do niego wracać, obecnie testuję peeling enzymatyczny Balea.

9. Eveline - Matujący BB krem do cery tłustej i mieszanej

Pisałam o nim tutaj. To mój pierwszy rodzimy bebik i od razu sukces - byłam sceptyczna, jednak to naprawdę dobry produkt.

Kiedyś na 100% do niego wrócę, tymczasem zastąpi go krem tonujący Balea.


10. L`Occitane - Żel pod prysznic Werbena

Miniaturka ze słynnego koszyczka :D Troszkę pisałam o nim tutaj.
Dobry żel, ale cena nieco wygórowana - mała buteleczka idealnie sprawdziła się na weekendowym wyjeździe.

11. Garnier Olia - odżywka po farbowaniu

Odżywka dołączona do farby, starczyła mi na 4 użycia. 
Ładnie zmiękczała i wygładzała.

12. Maść ochronna z witaminą A

Bardzo uniwersalny i wszechstronny produkt. Ładnie uelastycznia suchą skórę, łagodzi podrażnienia, zapobiega nadmiernemu rogowaceniu naskórka. Można ją swobodnie używać do stóp, ciała, a nawet twarzy. Dodatkowo lubię ten lekko cytrusowy zapach.

Kupię ponownie.


To już jest koniec ;) Jak tam Wasze dna w tym miesiącu ?

INSTAGRAM