Lipcowe denka 2014

7/31/2014

Lipcowe denka 2014


Właściwie tego posta miało nie być. Ilość zużyć jest, w moim przypadku, odwrotnie proporcjonalna do panujących temperatur. Im goręcej, tym mniej mazideł wszelkiej maści na mnie ląduje, a że w lipcu na brak wakacyjnej aury narzekać nie mogliśmy, konkretnych denek jest niewiele. Coś tam jednak uzbierałam i wbrew pierwotnemu planowi pokazania Wam letnich zużyć we wrześniu, będzie tradycyjne miesięczne podsumowanie.


1. Natura Siberica - Szampon do włosów osłabionych Ochrona i Energia

To moje pierwsze spotkanie z marką NS, duża 400 ml butla wystarczyła na dobrych kilka miesięcy codziennego używania i był to czas całkiem mile spędzony, choć spodziewałam się nieco więcej. Fajna, niezbyt gęsta konsystencja, bardzo dobre pienienie, przyjemny świeżo-słodkawy zapach z pewnością warto zaliczyć do plusów. Kolejnym będzie świetny skład z całym mnóstwem roślinnych ekstraktów. Szampon oparty jest na bazie z Różeńca górskiego i Cytryńca chińskiego, które w założeniu mają regenerować, odbudowywać zniszczone włosy, nadawać im połysk i witalność. Ponadto wśród aktywnych składników znajdziemy też Żeń-szeń, nasiona lnu, Sosnę syberyjską i wiele innych. O ile po umyciu włosy rzeczywiście były miękkie i miały ładny połysk, o tyle nie zauważyłam żadnego wzmocnienia, ani większej witalności. 

Nie wiem czy do niego wrócę, chciałabym wypróbować inne wersje.


2. Balea - Żel pod prysznic Melon Tango

Żel pochodzi z letniej limitki i pachnie tak wspaniale, że ma się ochotę jeść go łyżkami, zresztą kto choć raz miał okazję poznać żele tej firmy, z pewnością wie, że ich zapachy są bardzo smakowite.

Kolejny żel w tej wersji już czeka w zapasach.


3. Natura Siberica - Nawilżająca pianka do demakijażu

Troszkę pisałam o niej tutaj, zdanie podtrzymuję. W dodatku okazała się bardzo wydajna.

W przyszłości chętnie do niej wrócę.


4. Facelle - Płyn do higieny intymnej w piance

O Facelle pisałam już wielokrotnie i pewnie wiecie, że go uwielbiam, a wciąż nie doczekał się odrębnej recenzji. Wydaje mi się, że w sieci napisano o nim już wiele, jeśli jednak chciałybyście notkę o tym produkcie, dajcie znać, z pewnością taką przygotuję. 

Pianka niestety została wycofana ze sprzedaży, na szczęście wersja klasyczna wciąż jest dostępna i oczywiście gości u mnie nieprzerwanie.


5. Kolastyna - Odżywczy krem do rąk

Z Kolastyną nie miałam zupełnie żadnych doświadczeń, jakiś czas temu wygrałam cały zestaw kosmetyków tej firmy i mogłam trochę potestować. Na pierwszy ogień poszedł krem do rąk, muszę przyznać, że miło mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się po nim absolutnie niczego, a zapewniał skórze przyzwoite nawilżenie, w dodatku ładnie pachniał i wygładzał dłonie.

Mimo wszystko, raczej nie zdecyduję się na zakup kolejnej tubki.


6. Avene - Woda termalna

Mini wersja 50 ml, która była dodatkiem do czerwcowego lub lipcowego Elle. Kiedyś już używałam tej wody, jest w porządku, jednak drażni mnie konieczność osuszania twarzy. 

Nie planuję zakupu pełnego wymiaru, chętnie natomiast wypróbuję wodę Uriage, którą wszyscy tak zachwalają.



7. Kolastyna - Matująco-nawilżający krem do twarzy

Mimo posiadania cery mieszanej, w pielęgnacji stawiam na porządne nawilżanie. Wszelkie produkty matujące powodują u mnie zupełne rozregulowanie pracy gruczołów łojowych, strefa T szaleje, a na policzkach często pojawiają przesuszone obszary. Dlatego starannie analizuję składy i staram się stawiać na dobrą jakość. Krem Kolastyna zupełnie nie wpisywał się w moje pielęgnacyjne standardy, poużywałam go trochę, jednak to nie jest to, do czego moja cera była przyzwyczajona. Za to TŻ zużył do końca i nie narzekał ;)

Nie kupię.


8. Oceanic - Serum do rzęs Long 4 Lashes

Rewelacyjne serum za niewielkie pieniądze. Służyło mi od 15 lutego do połowy lipca, przy prawie codziennym używaniu, czyli bite 5 miesięcy kuracji za około 50 zł (cena w promocji). O efektach pisałam  tutaj i tutaj.

Kupię ponownie.


9. GoCranberry - Intensywnie Nawilżające serum przeciwzmarszczkowe na noc

Niedługo planuję zbiorczy wpis dotyczący serum, kremu pod oczy i peelingu solnego tej firmy, więc teraz napiszę tylko, że ogólne odczucia są bardzo pozytywne, a do serum mam małe ale.


10. ZSK - Olej ze słodkich migdałów

Dobry i uniwersalny, świetnie sprawdzał się zarówno do włosów, do twarzy jak i do ciała.

Kupię ponownie.


11. Essence - Bibułki matujące

Bibułki to taki mój torebkowy must have, świetne do szybkiego zmatowienia cery w ciągu dnia. 

Do tych z Essence nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń, jednak teraz chciałabym wypróbować bibułki z Inglota, o których wiele czytałam i podobno są świetne.


12. Himalaya Herbals - Pasta do zębów Sparkly White

Moja ulubiona wersja spośród wszystkich past Himalaya. Obiecałam Wam osobny post o pastach tej firmy i taki na 100% się pojawi, muszę tylko uzupełnić zapasy, żeby porobić zdjęcia do recenzji.

Kupię ponownie.


Ostatnie denka, to dwie próbki. W końcu spróbowałam balsam pod prysznic Nivea i utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie dla mnie, być może propozycje innych firm są ciekawsze, ale w tym przypadku do zakupu nie zachęciło mnie nic. Druga próbka, to pasta oczyszczająca Ziaja Liście Manuka. Tak jak sądziłam, jest za ostra dla mojej naczynkowej cery, cieszę się, że poprosiłam o próbkę, a nie rzuciłam się od razu na całą tubkę.


A jak tam Wasze zużycia lipca ? 

Garść czerwcowo-lipcowych nowości

7/30/2014

Garść czerwcowo-lipcowych nowości



Post zakupowy nie pojawiał się już długi czas, zgodnie z założeniem, kupuję naprawdę niewiele, a jeśli już, są to głównie produkty pierwszej potrzeby, nie ma więc czego oglądać. W ostatnich tygodniach zebrało mi się trochę rzeczy z przesyłek, poczyniłam też drobne zakupy, zapraszam na szybki przegląd.


Ok, przyznaję, jedyna rzecz na której popłynęłam, to żele pod prysznic, 6 nowych sztuk, shame on me! 
Ale umówmy się, przy obecnej pogodzie, żele idą jak woda. 
Ziaja i jej nowa linia Liście Manuka omamiła internet, zielone opakowania owładnęły blogi, fejsbuki i instagramy. Przyznać się, czy jest ktoś, kto jeszcze nie ma chociaż jednego manukowego produktu ? 
Szczerze mówiąc, od jakiegoś czasu żaden produkt Ziai się u mnie nie sprawdzał, dlatego ostrożnie kupiłam tylko tonik, po 2 tygodniach używania jestem bardzo zadowolona, zobaczymy jak będzie dalej.
Wciągnęłam się też całkiem w picie olejów, oprócz Oleju Lnianego kupiłam tym razem też z Czarnuszki.


Mój absolutny niezbędnik, czyli płyn do higieny intymnej Facelle wciąż doskonale sprawdza się do mycia włosów. Drugi płyn, to nowość od firmy Green Pharmacy, dostałam wersję z Żurawiną i Korą dębu, pachnie obłędnie! 
Luksusową piankę opalającą Vita Liberata udało mi się wygrać w konkursie u Cammie, pianka dawać ma naturalną, natychmiastową opaleniznę i 2-3 tygodniową trwałość. Trochę jej już poużywałam, jest naprawdę świetna, choć nie wiem czy cena 180 zł jest adekwatna. Do kompletu była też rękawica.
Potrzebowałam jakiegoś delikatnego zapachu, wybrałam mgiełkę z The Body Shop w wersji Shea, kupowałam w ciemno, a okazała się bardzo przyjemna.


Oczywiście są też nowości z dwóch ostatnich miesięcy Akademii Zmysłów. Czerwcowe pudełeczko poświęcone było kosmetykom inspirowanym Brazylią (mleczko do ciała z filtrem i krem do rąk), a lipcowe orzeźwiającej Werbenie (chłodzące mleczko do ciała i mgiełka). O wszystkich tych produktach napiszę Wam z pewnością w osobnym poście. L`Occitane zaskoczyło mnie ogromnie przysyłając mi prezent ślubny z pięknymi życzeniami, dostałam werbenową świecę i Ujędrniający olejek do ciała.
Lakiery Golden Rose pokazywałam Wam już tutaj. Mój obecny utwardzacz Poshe zgluciał kompletnie, tym razem postawiłam na Essie Good to go. Ostatnie produkty, to słynne złuszczające skarpetki Purederm, które w weekend w końcu wypróbuję i chyba jedne z lepszych damskich maszynek Gilette Venus.


To by było na tyle, jeśli coś Was zaciekawiło i chcielibyście o tym poczytać w pierwszej kolejności, piszcie śmiało :)


NOTD #17 | Golden Rose Rich Color 65 & 68 | Oprócz błękitnego nieba...

7/28/2014

NOTD #17 | Golden Rose Rich Color 65 & 68 | Oprócz błękitnego nieba...



...tylko mięty mi potrzeba! Kilka dni temu na FB i Instagrmie pokazywałam Wam swoje najświeższe lakierowe nabytki w postaci dwóch przepięknych, pastelowych odcieni Golden Rose Rich Color 65 i 68, które chodziły za mną już od dawna. Sielski błękit i mięta w mniej powszechnym, odrobinę mocniejszym wydaniu. Dokonując zakupów już miałam wizję mani z nimi w roli głównej, oczywiście od razu zmalowałam i z radością noszę na paznokciach od kilku dni.


Kombinacja najprostsza z możliwych, a wygląda całkiem ciekawie i bardzo wakacyjnie. Na jednej ręce dominuje błękit, na drugiej mięta, palce serdecznie ozdobiłam kropeczkami. 

Seria Rich Color należy do moich ulubionych z oferty GR, lakiery charakteryzują się porządną jakością, a kosztują niecałe 7 zł. Trochę się obawiałam o formułę pastelowych odcieni, okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Oba kolory nie smużą, ładnie kryją przy dwóch warstwach, nawet podczas ponad 30 stopniowych upałów nie sprawiają problemów, nie bąblują, ani się nie ciągną. Ze schnięciem także dają radę, chociaż i tak potraktowałam je GTG z Essie.  O trwałości wypowiadać się nie będę, mam je zaledwie kilka dni, mam nadzieję, że będą trzymały taki poziom, jak cała seria i z powodzeniem wytrzymają na paznokciach do 5 dni. Buteleczki wyposażone są w wygodny, szeroki pędzelek, w moim odczuciu jest bardzo zbliżonych do tych z Essie. Szczerze mówiąc, w ostatnim czasie przyzwyczaiłam się do takiej szerokości na tyle, że cieńszymi nie potrafię już zręcznie się obsłużyć ;)


Kolor 65, to jak już wspomniałam odrobinę mocniejsza mięta z bardzo leciutkim shimmerem, który najbardziej widoczny jest w buteleczce, na paznokciach rzuca się w oczy tylko wtedy, gdy mocno się przyjrzymy.

Kolor 68 zaś, to typowy błękit letniego nieba, w cieniu nieco mocniejszy, w pełnym słońcu delikatny i rozbielony. Wykończenie kremowe. Jestem nim zachwycona, zresztą oba odcienie są piękne.




Co myślicie o obu kolorach ? Jakie odcienie dominują na Waszych paznokciach w tym sezonie ?
Yankee Candle - moje ulubione zapachy na lato

7/23/2014

Yankee Candle - moje ulubione zapachy na lato


Witajcie! Ponad pół roku temu dzieliłam się z Wami swoimi ulubionymi woskami, które umilają mi długie zimowe wieczory, dzisiaj zapraszam na tego typu post w letniej odsłonie. Kilka dni temu zaopatrzyłam się w świeży zapas moich aktualnych ulubieńców, więc to idealna okazja do zaprezentowania ich w pełnej krasie.


Wysokie temperatury i słońce za oknem zupełnie nie przeszkadzają mi w regularnym paleniu wosków, jedyna i raczej oczywista różnica, to wybór zapachów. W letnich miesiącach uwielbiam delikatny aromat wosku, mieszający się ze świeżym powietrzem wpadającym wprost przez otwarte okno. Unosząca się w pomieszczeniu subtelna mieszanka wprawia mnie w dobry nastrój, odpręża i wycisza. 
Może nie używam kominka codziennie, ale 3-4 razy w tygodniu obowiązkowo. Także pisząc ten post, w tle unosi się przepiękny zapach, który jest moim absolutnym faworytem w ostatnim czasie.


Champaca Blossom

Czyli kwiat magnolii Champaca. To właśnie o nim była mowa w poprzednim wersie. Tegoroczna, wiosenna nowość w ofercie YC. Wypróbowałam go zaraz po wprowadzeniu zapachów Q1 do sprzedaży i przepadłam na dobre. Pierwszy zapach od dawna, który mam ochotę mieć w największym słoju i cieszyć się nim jak najdłużej.
Champaca Blossom jest zapachem bardzo delikatnym, kwiatowym ale z taką soczystą i owocową nutą. Jest świeży i kobiecy, idealny na upalne wieczory. Chętnie zaopatrzyłabym się w podobnie pachnące perfumy, ten zapach jest mój w 100%.

Clean Cotton

Wiosenno-letni must have w moim domu. Dla mnie to zapach świeżo wypranej pościeli schnącej w letnim słońcu, odrobinę przesiąkniętej wiatrem. Całość dopełnia lekka cytrynowa nuta, czystość w pięknej postaci. 
W zapachu można też wyczuć takie typowe mydlano-proszkowe nuty, niektórym może się to nie podobać, mi zupełnie nie przeszkadza.

Lemon Lavender

Zapach lawendy można albo kochać, albo nienawidzić. Ja go uwielbiam, ale nie w każdym wydaniu. Niekiedy lawendowe produkty pachną najtańszą kostką używaną w publicznych toaletach, ohyda.
Yankee Candle to zupełnie inna bajka, czysty kwiatowy zapach lawendy urozmaica tutaj rześka nuta cytryny, a całość jest odrobinę pudrowa w odbiorze. Polecam wypróbować.

Pink Sands

Ostatni z moich ulubieńców, to bardzo popularny Pink Sands. Jest chyba najbardziej intensywny z całej czwórki, ale wciąż na tyle wyważony, by nie męczyć nosa. Znów mamy tu kwiaty, tym razem w bardzo słodkiej odsłonie, jest też nutka wanilii, a całą kompozycję równoważą cytrusy. Zapach przywodzi na myśl wakacje w dalekim zakątku świata, gdzie siedząc na piaszczystej plaży, pod palmą, popijamy owocowego drinka, podziwiamy zachód słońca i upajamy się chwilą. Uwielbiam.


Przy okazji chciałam po raz kolejny polecić Wam kominki YC, są świetnej jakości i pięknie ozdabiają każde pomieszczenie. Mam najprostszy, gładki model, używam go ponad 8 miesięcy, a wciąż wygląda jak nowy i cieszy oko.


Korzystacie ze świec lub wosków zapachowych latem ? Jakie zapachy umilają Wasze dni w ostatnim czasie ? 

Zestaw pędzli Jessup z eBay`a - pierwsze spostrzeżenia

7/20/2014

Zestaw pędzli Jessup z eBay`a - pierwsze spostrzeżenia


Temat wyboru pędzli nurtował mnie od dłuższego czasu. Rozważałam milion opcji i do żadnej nie byłam w pełni przekonana. Nie mogłam zdecydować czy postawić na jedną markę, czy może kilka, na gotowe sety, czy pojedyncze sztuki. Nie ukrywam, że kwestia finansowa także odgrywała tutaj dużą rolę, a że moje dotychczasowe pędzle, to właściwie nic nie warta zbieranina, nie była to kwestia dokupienia 2-3 szt. Potrzebowałam wszystkiego, a to wiązało się ze sporym wydatkiem. Pewnego dnia trafiłam na wpis Kuny Domowej o zestawie pędzli Jessup z eBaya, który gorąco zachwalała. Pooglądałam, pomyślałam i zamówiłam.


Pisałam już kiedyś, że ogólnie na 5 zamówień z Chin/USA (tych nierejestrowanych) doszło do mnie tylko 1. Tym razem skierowałam paczkę na adres swoich teściów i przesyłka dotarła błyskawicznie, w nieco ponad dwa tygodnie. Wychodzi na to, że ktoś kto obsługuje paczki na "moim terenie" ma lepkie rączki, innego wyjaśnienia nie widzę.


Wracając do pędzli, mam je dopiero 3 dzień, więc będą to takie luźne pierwsze spostrzeżenia. Nie ukrywam, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Spodziewałam się, że będzie przyzwoicie, a według mnie jest super! 

Zestaw składa się z 8 elementów, 4 pędzle duże i 4 mniejsze. Każdy z nich zabezpieczony był osobną folią, a duże pędzle dodatkowo posiadają plastikowe osłonki na włosie, które z pewnością się przydadzą.
Dostępnych było kilka wersji kolorystycznych, wybrałam najbardziej klasyczną, czyli matowe czarne trzonki i srebrne skuwki. Włosie oczywiście to dwukolorowy syntetyk. 
Całość prezentuje się porządnie i elegancko, nie wiem jak będą się użytkować, ale od strony wizualniej nigdy nie powiedziałabym, że są to pędzle od przysłowiowego Chińczyka ;)


Trzonki w 4 większych sztukach mają 13 i 14 cm długości, włosie jest miłe i mięciutkie, bardzo gęsto nabite. W moich egzemplarzach nie dopatrzyłam się właściwie żadnych niedoróbek. Wszystkie włoski są równo przycięte, na powierzchni nie ma żadnych przebarwień, w jednym pędzlu dwa włoski z brzegu były rozwichrzone, obcięłam je. Pozostałe są bez zarzutu.


Mniejsze pędzelki mają 16-17 cm trzonki i są nieco mniej nabite niż ich więksi koledzy. Tutaj nie jest już tak super, ale nadal akceptowalnie. Nie wszystkie włoski są równej długości, dwa pędzle wydają się nieco rozwichrzone. Zarówno w jednych jak i w drugich włosie mocno trzyma się na swoim miejscu, nie zauważyłam do tej pory żadnych wychodzących kłaczków.


Mniejsze pędzle są drobniejszymi odpowiednikami tych większych. Występują w 4 niemal identycznych formach. Duży + mały tworzą swego rodzaju duet o takim samym kształcie.
Trochę dumałam, jaką marką "inspirowano" się przy produkcji pędzli Jessup, bo że się inspirowano nie miałam wątpliwości. Początkowo na myśl przychodzi podobieństwo do pędzli Hakuro, ale to nie do końca to. Pogrzebałam trochę i trafiłam, przejrzyjcie sobie dostępne pędzle Sigma, myślę, że wnioski nasuwają się same.


W zestawie znajdziemy:

1. Mały i duży pędzel jajeczko. 

Większy powinien fajnie sprawdzić się przy konturowaniu, mniejszy będzie idealny do podkreślania cieniem załamania powieki. Długość włosia: 3,8 cm w dużym i 1,6 cm w małym. 

2. Mały i duży pędzel typu Flat Top.

Może posłużyć np. do podkładu, produktów mineralnych, korektora. Długość włosia: 2,7 cm w dużym i 1,4 cm w małym

3. Mały i duży pędzel kulka

Myślę, że oba są na tyle uniwersalne, że można ich używać właściwie do wszystkiego. Długość włosia: 2,6 cm duży i 1,4 mały

4. Mały i duży pędzel skośny

Duży będę zapewne używała do różu, bardzo lubię ten kształt. Na mniejszy jeszcze nie mam pomysłu.
Długość włosia: 1,6 - 2,7 cm w większym i 1,2-1,7 w mniejszym


Pędzle kupiłam u tego sprzedawcy, za zestaw zapłaciłam nieco ponad 43 zł, przesyłka darmowa. Przeglądając eBay zauważyłam, że wielu sprzedawców ma takie same pędzle ale napisy na trzonkach są już różne, nie wiem jednak czy występują jakieś rzeczywiste różnice między nimi.

Podsumowując, wstępnie jestem bardzo zadowolona, co prawda myślałam, że te mniejsze pędzle będą troszkę drobniejsze i będzie można używać ich do oczu, oprócz jajeczka wydają się jednak zbyt okazałe. Zobaczymy jak będą się sprawdzały w praktyce.


I jak Wam się podobają ? Znacie te pędzle, może macie z nimi dłuższe doświadczenia ?

Depilacja woskiem w rolkach - moje doświadczenia i rady dla początkujących

7/17/2014

Depilacja woskiem w rolkach - moje doświadczenia i rady dla początkujących


Lato w pełni, więc temat skutecznej depilacji jest jak najbardziej na czasie i myślę, że może zainteresować wiele z Was. Jeśli chodzi o usuwanie niechcianego owłosienia, przerobiłam naprawdę masę domowych metod. Od tradycyjnego i chyba najbardziej powszechnego golenia maszynką, przez kremy do depilacji, wosk na zimno w plastrach, po depilator. O ile w przypadku, gdy ktoś obdarzony jest delikatnymi i jasnymi włoskami, sprawdza się praktycznie każda metoda, o tyle w sytuacji nieco trudniejszego owłosienia lub wrażliwej skóry, wiele z powyższych metod zupełnie nie zdaje egzaminu, lub zdaje go tylko połowicznie. 

W końcu trafiłam na woski w rolkach i okazały się strzałem w dziesiątkę, początki nie były tak łatwe, jak mogłoby się zdawać, ale efekty są rewelacyjne. Być może któraś z Was zastanawia się nad taką metodą i przyda Wam się krótkie wyjaśnienie na co warto zwracać uwagę, a czym nie ma sensu zaprzątać sobie głowy. Zapraszam i uprzedzam, że post będzie długi. Nie jestem zawodowcem, wszystko o czym piszę opieram na własnych doświadczeniach.


Kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy #2

7/14/2014

Kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy #2


Pierwszy post z tej serii przyjęłyście bardzo pozytywnie, pomyślałam więc, że może to być fajny sposób na cykliczne przedstawianie nietrafionych zakupów. Jest ich coraz mniej, jednak wciąż zdarzają się rzeczy, które pomimo wielu pozytywnych opinii, w moim przypadku, zupełnie nie zdają egzaminu lub po prostu kupię coś bez wcześniejszego rozeznania i klops. 
Powtórzę, że są to wyłącznie subiektywne odczucia, nie nazwałabym tych produktów bublami (poza jednym, ale o tym za chwilę), a wiele z Was może być z nich zadowolona i nie neguję tego w żaden sposób.

Dochodzę do wniosku, że jestem "szczęśliwą" posiadaczką włosów tak ciężkich w obsłudze, że czasami kompletnie głupieję. Znalezienie klucza do ich właściwej pielęgnacji jest chyba niemożliwe. Po latach prób i błędów stwierdzam, że minimalizm sprawdza się w ich przypadku najlepiej. Proste składy, mała ilość produktów, olejowanie, na tym koniec. Czasem skuszę się na coś ekstra i oto skutek - porażka na całej linii, dlatego w rozczarowaniach aż 3 produkty dotyczyć będą włosów.


John Frieda - Brilliant Brunette Moisturising 

O serii do włosów brązowych naczytałam się tak wielu superlatyw, że spodziewałam się nie wiadomo czego, tymczasem zestaw okazał się być zupełnie przeciętny w swym działaniu. Ani szampon, ani odżywka nie urzekły mnie w żaden sposób. Po umyciu włosy nie były ani wygładzone, ani specjalnie oczyszczone, ani błyszczące, nie mówiąc o nawilżeniu. Takie nijakie były. Całe szczęście, że duet kupiłam na jakiejś promocji za około 40 zł, normalnie jeden produkt to koszt w granicach 30-35 zł. 
Jedyne co mnie oczarowało, to zapach i piękny kolor szamponu, a chyba nie o to chodzi.


Kallos - Maska do włosów Latte

Maskę kupiłam w czasach, gdy zupełnie nie ogarniałam tych wszystkich humektantów, emolientów i protein, wiele osób zachwalało, więc nabyłam omamiona wizją tafli wygładzonych i sprężystych włosów ;)
Dziś moja wiedza jest nieco większa, choć czasem dalej się w tym wszystkim gubię, ale już rozumiem, że nasza znajomość inaczej się skończyć nie mogła. Proteiny mleczne nie są dla mnie, ogólnie nadmiar wszelkich protein mi nie służy, włosy reagują puchem pomimo zabezpieczania olejami, często są też sztywne, szorstkie i wydają się bardzo zniszczone, choć takie nie są. Tak też wyglądały po masce Kallos, obraz nędzy i rozpaczy.


Bourjois 123 Perfect - Podkład korygujący cerę

Co to w ogóle ma być ? Po pierwsze - nie widzę w nim żadnych właściwości korygujących, podkład rzekomo zawiera 3 kolory pigmentów, które kamuflować mają wszelkie niedoskonałości, u mnie nie kamuflują nic. Po drugie - paskudnie się nakłada, nie stapia się z cerą, marze się po twarzy i zbiera we wszelkich załamaniach, nawet takich, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Po trzecie - podkreśla pory i uwydatnia suche skórki. Po czwarte - waży się i nie chce współpracować z żadnym innym podkładem.
Dziękuję, wychodzę.


Eveline - Nail Therapy 60 sekundowy Top Coat 3w1

Ostatni produkt spokojnie mogę nazwać bublem, ma koszmarne opinie w sieci i szkoda było na niego nawet tych kilku złotych, które kosztował w Biedronce. Taka sama wersja, o identycznym składzie dostępna jest też w normalnej wersji, dostępnej we wszystkich drogeriach. Co do samego topu, w założeniu ma on pełnić 3 funkcje, czyli wysuszać, utwardzać i nabłyszczać. Nie robi tego. To znaczy może i coś robi, ale tego nie widać, bo wszystko przysłaniają bąble, całe mnóstwo bąbli, które kwalifikują mani do natychmiastowego zmycia. A jeśli na upartego postanowicie to zbąblowane mani nosić, to i tak wszystko zacznie odłazić całymi płatami. Nie polecam.



Znacie te produkty, miałyście okazję używać ? Może u Was zdają egzamin i jesteście zadowolone ? Chętnie poznam Wasze opinie.

Inne posty z tej serii:
- Kosmetyczne rozczarowania #1


Green Pharmacy - Płyny micelarne 3w1 Owies i Rumianek

7/11/2014

Green Pharmacy - Płyny micelarne 3w1 Owies i Rumianek


Płyny micelarne, to jedyny środek do demakijażu jaki uznaję, nie sprawdzają się u mnie żadne mleczka, emulsje i inne tego typu produkty. Mam bardzo wrażliwe, alergiczne i podatne na wszelkiego rodzaju podrażnienia oczy, dlatego od produktów do demakijażu wymagam sporo i choć na rynku płynów jest ogrom, tak naprawdę tylko niewielka garstka do czegokolwiek się nadaje. Swoich ulubieńców w tej kategorii już mam, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, żeby próbować nowości.
Jedną z nich są Płyny micelarne 3w1 Green Pharmacy, które otrzymałam już jakiś czas temu od klubu Elfa Pharm. Lubię tę firmę, dlatego ucieszyło i zaciekawiło mnie pojawienie się miceli w ich ofercie, wiem że wiele z Was także. Jak się sprawdziły ? Po 3 miesiącach testów jestem częściowo na tak, częściowo na nie. 


Płyny dostępne są w dwóch wersjach - Owies i Rumianek oraz w dwóch pojemnościach - 250 ml i 500 ml. Mniejsza butelka to koszt około 8 zł, a większa 12 zł, więc stosunek pojemności do ceny jest rewelacyjny i czyni z nich jedną z lepszych ofert na rynku. Wersja Rumiankowa dedykowana jest do wszystkich typów cery, natomiast Owies szczególnie dla cer delikatnych i wrażliwych, z czym lekko się nie zgadzam, ale o szczegółach za chwilę.

"Bezzapachowy. Działa potrójnie: oczyszcza, tonizuje i nawilża. Do codziennej pielęgnacji. Wzbogacony kojącym ekstraktem z rumianku lekarskiego i nawilżającym pantenolem. Łagodzi podrażnienia, daje elastyczność, sprężystość i gładkość skóry, chroni przed utratą wilgoci. Pozostawia uczucie komfortu oraz gładką i miękką cerę."

"Bezzapachowy. Działa potrójnie: oczyszcza, tonizuje i nawilża. Do codziennej pielęgnacji. Wzbogacony łagodzącym i regenerującym ekstraktem z owsa i nawilżającym pantenolem. Łagodzi podrażnienia, daje elastyczność, sprężystość i gładkość skóry, chroni przed utratą wilgoci i pozostawia uczucie komfortu."

500 ml butelki, bo to właśnie one do mnie trafiły zaopatrzone są w klasyczny dozownik na "pstryczek", który w konfrontacji z wielkością opakowania wypada dość słabiutko i jest średnio poręczny. W wersji owsianej zatyczka częściowo urwała się już przy pierwszym użyciu, jest zwyczajnie zbyt delikatna. Dużo fajniej sprawdziłaby się tutaj pompka lub jakaś solidniejsza konstrukcja zatyczkowo-dozująca. Płyny w łatwy sposób rozróżnić można po kolorze zatyczek, owies - żółta, rumianek - zielona i to rozwiązanie uważam za świetne. Całość ozdabia bardzo miła dla oka i typowa dla marki szata graficzna.

Płyny rzeczywiście są zupełnie bezzapachowe, mają w miarę proste składy, różnią się między sobą tylko i wyłącznie tytułowym składnikiem, jeden zawiera ekstrakt z rumianku, drugi zaś ekstrakt z ziaren owsa. 


Zasadniczo pod względem skuteczności oba płyny sprawdzają się porównywalnie, są dobre, ładnie radzą sobie ze zwykłym, dziennym makijażem, zmywają tusze, pomadki, kredki, odrobinę więcej czasu potrzebują aby zmyć produkty kremowe, ale generalnie znika wszystko. Wersja rumiankowa jest przyjemniejsza w użytkowaniu, wydaje się łagodniejsza i delikatniejsza. Owsiana lubi natomiast powodować pieczenie oczu, co przy moich często podrażnionych patrzałkach jest dosyć bolesne, dlatego zrezygnowałam ze stosowania jej do twarzy, świetnie natomiast służy mi do mycia makijażowego jajka.
W założeniu płyny pełnić mają rolę 3w1, czyli oczyszczać, tonizować i nawilżać, rzeczywiście po użyciu skóra jest miękka i lekko nawilżona, jest też niestety pokryta lepką warstewką, delikatną ale jednak. U mnie nie stanowi to problemu, po demakijażu płynem, myję twarz pianką i gąbeczką, więc tę warstewkę zmywam wodą. Może to być denerwujące dla osób, które zmywają twarz tylko płynem, nie używając już wody. Może, ale nie musi - wszystko zależy od Waszych upodobań.

Mam jedno ale, są to dwie ostatnie pozycje w składzie, po co to tu wpakowano ? Dla osób niezorientowanych, to pochodne formaldehydu, są dopuszczalne do stosowania w kosmetykach w małych stężeniach, jednak nie znaczy to, że są zupełnie obojętne dla naszej skóry, z pewnością powinny się go wystrzegać kobiety w ciąży. Przecież jest cała masa mniej drażniących konserwantów, które z powodzeniem zastosować można w tego typu środkach. Nie jestem składowym specem ani freakiem zakręconym na punkcie ekologii, być może demonizuję, bo naczytałam się sporo, ale jeśli mam wybór, decyduję się na produkty bez tego składnika.


Szybki test, na ręce mam: cienie w kremie, cienie prasowane, tusz, żelowy eyeliner, konturówkę do ust, pomadkę, róż w kremie. Kremowe formuły są najtrwalsze, ale po 3 przemyciach i one dają za wygraną.


Podsumowując, uczucia mam mieszane. Z jednej strony działanie całkiem mnie zadowala, z drugiej zaś pojawia się temat składu, gdyby trochę go zmodyfikowano myślę, ze rumiankowa wersja mogłaby zagościć u mnie na stałe.


Miałyście okazję wypróbować micele Green Pharmacy ? Jakie są Wasze wrażenia ? A może macie w planach ich zakup ?

Ambasadorska paczka Le Petit Marseillais

7/09/2014

Ambasadorska paczka Le Petit Marseillais


Rzadko przygotowuje odrębne wpisy na takie tematy, jednak dzisiaj nie mogłam sobie odmówić. 
W zeszły poniedziałek internety zalała fala okrzyków radości spowodowana zaliczeniem do grona Ambasadorek Le Petit Marseillais poprzez serwis Rekomenduj.to. Zaraz potem nastąpiła lekka konsternacja, bowiem do akcji zaproszono chyba pół blogosfery, ja również zaliczałam się do tej grupy i choć po ogłoszeniu "wyników" uczucia miałam mieszane, to w ostatnich dniach moje wątpliwości zostały rozwiane. 
Kampania przeprowadzana jest na najwyższym poziomie, z dbałością o szczegóły i choć jestem jedną ze 100, czuję się naprawdę wyjątkowo. A dzisiejsza paczka była swoistą wisienką na torcie. I nie, nie chodzi tu tylko o zawartość, chodzi o całą otoczkę, mail każdego dnia informujący o fazie realizacji, miłe słowo, pięknie przygotowana przesyłka na widok której śmieją się oczy - dla wielu firm może to być idealny przykład, jak robić dobry marketing. 

Zobaczcie same.


W uroczej paczce, oprócz produktów do testów, czyli Żelu pod prysznic Kwiat Pomarańczy oraz Mleczka nawilżającego Masło Shea i Słodki Migdał znalazłam także po 20 próbek (10ml) jednego i drugiego produktu do obdarowania nimi znajomych, miły list powitalny na sygnowanym logiem marki, porządnym i grubym papierze (niby nic, ale jestem estetką i na takie rzeczy zwracam ogromną uwagę) oraz książeczkę przygotowaną specjalnie dla Ambasadorek.


Szczególnie spodobało mi się oświadczenie do podpisania wewnątrz :)


Co do samych produktów - zobaczymy. Zapachowo jest pięknie, ale np. mleczko zawiera w składzie parafinę, której nie lubię, więc może być różnie. Za jakiś czas opiszę Wam swoje wrażenia.


Jak Wam podoba się cała akcja ? A może także jesteście w gronie Ambasadorek ? Chętnie poznam Waszą opinię.

Ulubieńcy #8 - Czerwiec 2014

7/06/2014

Ulubieńcy #8 - Czerwiec 2014



Witajcie! Jak Wam mija tak piękny i słoneczny weekend ? Mam nadzieję, że wypoczywacie i ładujecie akumulatory na kolejny tydzień :) W ramach odprężenia zapraszam na szybki przegląd ulubieńców ubiegłego miesiąca. 
Jeśli zdjęcia wydadzą Wam się jakieś nie teges, wybaczcie, testuję nowy sprzęt i wciąż go rozgryzam.


Chociaż przez większą część roku nie pałam zbyt wielką miłością do owocowych kosmetyków, latem następuje zwrot o 180 stopni. Uwielbiam wszystko o rześkich, świeżych i soczystych nutach, a tych ogórkowo-melonowo-arbuzowych zwłaszcza. Żel Melon Tango pochodzący z letniej limitki Balea pachnie tak genialnie, że mam ochotę zaopatrzyć się w cały karton na zapas. Lato w najczystszej postaci. Jest lekko, orzeźwiająco i odrobinę słodko. Ideał!



O Płynie micelarnym Garnier słyszał już chyba każdy, a jeśli jakimś cudem nie, koniecznie musi to nadrobić. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się po nim takiej jakości, a zostałam mile zaskoczona i śmiało mogę przyznać, że znalazłam swój ideał. Świetnie radzi sobie z każdym makijażem, nie podrażnia, w dodatku ma przystępną cenę. Moim zdaniem z powodzeniem może stawać w szranki ze słynną Biodermą Sensibio, są do siebie naprawdę podobne.


Dwie pozycje z kolorówki to CC Cream Bell w odcieniu 021 Natural oraz korektor Rimmel Match Perfection w odcieniu 030 Classic Beige. CC Bell kupiłam jeszcze zimą, wówczas nie przekonał mnie do siebie, rzuciłam tubkę w kąt i przeleżała tak dobrych kilka miesięcy. Pod koniec maja sięgnęłam po niego ponownie i okazał się strzałem w 10. Zapewnia delikatne krycie, idealne na obecną porę roku, w dodatku bardzo spodobało mi się jego wykończenie, które jest jakby lekko świetliste, choć produkt sam w sobie nie posiada żadnych drobinek. Skóra wygląda na wypoczętą i promienną, lubię to.
Korektor trafił do mnie wskutek 49% obniżki w Rossmmanie, wrzucałam go do koszyka bez żadnego przekonania, nigdy nie przepadałam za tą marką, a wszystkie ciekawe korektory innych firm były już niedostępne. I znów zaskoczenie! Całkiem ładnie radzi sobie z cieniami pod oczami, nie przesusza delikatnej skóry w tym rejonie, nie roluje się, ani nie zbiera w załamaniach. Planuję na jego temat odrębną notkę, w której szczegółowo go Wam opiszę.


Z suchych szamponów korzystam sporadycznie, zazwyczaj i tak myję włosy codziennie, ale w awaryjnych sytuacjach fajnie mieć sprawdzony produkt pod ręką. O Batiste do włosów brązowych czytałam wiele, zarówno pozytywów jak i negatywów, w końcu musiałam wypróbować na własnej skórze. Okazał się fantastyczny, nie pozostawia na włosach szarawego nalotu, ładnie się wyczesuje i ma jeszcze jedną zaletę, którą docenić powinny posiadaczki rzadkich włosów - sprawia, że optycznie wydają się gęstsze, odbija je u nasady i spulchnia, a ciemny barwnik wizualnie potęguje ten efekt. Może odrobinę brodzić podczas rozpylania, ale dla mnie jest to zupełnie niekłopotliwe.



Znacie któregoś z moich ulubieńców ? Co zachwyciło Was w czerwcu ? Chętnie poznam Waszych faworytów. Pozdrawiam ciepło i życzę miłej niedzieli!

INSTAGRAM